wtorek, 28 maja 2013

Po konferencji

Po zabieganym poniedziałku (serdecznie dziękuję za ciepłe przyjęcie koleżankom z - cytując Wojtusia -  "oleńdziu") i ciężkim emocjonalnie dzisiejszym poranku z powodu przykrych wydarzeń w życiu naszych bliskich, postaram się coś napisać.

Długo wyczekiwany Weekend ze SMA-kiem upłynął niesłychanie szybko i przyjemnie. Spotkaliśmy wielu znajomych, również tych wirtualnych i poznaliśmy zupełnie nowych. Miło było spotkać specjalistów, z którymi rzadziej, częściej lub systematycznie się spotykamy. Z racji tego, że konferencja odbywała się dosłownie rzut beretem od nas, żeby nie zajmować miejsca w hotelu licznym zainteresowanym tym spotkaniem z odległych stron, nocowaliśmy u siebie. W sobotę pojechaliśmy całą rodziną, a w niedzielę już ja sama. Po pierwsze, nasza ośmioletnia kibicka musiała w sobotę wieczorem obejrzeć mecz, więc nie była w stanie obudzić się w niedzielę skoro świt. Po drugie, niestety, kiedy jestem gdzieś z Wojtusiem, włącza mi się tzw. syndrom kwoki, więc niezależnie od tego, czy jest Jarek, czy ktokolwiek inny zajmujący się Wojtusiem, ja i tak podświadomie go szukam, sprawdzam, czy wszystko ok itd… A było czego pilnować, bo nasz mały rajdowiec „nie usiedział” w miejscu tylko szalał na swoim wózku elektrycznym tak, że porządnie trzeba było się za nim nabiegać. W sumie to zachowywał się jak każde zdrowe trzyletnie dziecko, które bez przerwy jest w innym miejscu i którego nie można spuścić z oka na sekundę. Ola natomiast przeszczęśliwa, że wreszcie po kilku miesiącach spotkała się z Samantą, przyjemnie spędzała czas w Stodole. W sobotę mieliśmy też na głowie drobną naprawę wózka, z którego niefortunnie wyrwały się nam jakieś kable (dobrze, że był Pan Paweł). Tak więc działo się. Mieliśmy oczywiście aparat, ale pochłonięci bieżącymi wydarzeniami zdjęcia nie zrobilismy żadnego... Może ktoś nas przypadkiem uwiecznił i mogłby podesłać?

Od strony organizacyjnej – z mojego punktu widzenia wszystko perfekcyjnie dopracowane. Do dyspozycji wszystkich gości, niezależnie od tego czy nocowali w hotelu, czy nie, pozostawał pokój, w którym mogłam przewinąć i przebrać Wojtusia. Martwiłam się, jak wyżywię moje niejadki i okazało się, że niepotrzebnie, ponieważ była przygotowana kuchenka mikrofalowa, w której można było podgrzać przywieziony ze sobą posiłek (tu myślę o Wojtku), a nasz drugi niejadek – Ola, również nie pozostała głodna, ponieważ z bogatej oferty, co prawda pełna dylematów i wątpliwości, ale wybrała coś dla siebie.

Czas minął szybko, w sercu pozostaje niedosyt i nadzieja na kolejne spotkanie. Ogromne podziękowania kieruję do osób, dzięki którym konferencja się odbyła – do Kamili, Kacpra i Marka. Podjęliście się bardzo trudnego zadania, ale Wasza pomysłowość, determinacja, ciężka praca i zaangażowanie przyniosły fantastyczny efekt: zaprosiliście wielu wybitnych specjalistów, przygotowaliście bardzo ciekawy program konferencji, dzięki czemu niezależnie od postaci SMA, każdy mógł znaleźć coś dla siebie, zorganizowaliście prezentacje sprzętu, wybraliście wspaniałe miejsce, zadbaliście o najmłodszych i wreszcie daliście możliwość spotkać się nam wszystkim. Żałuję tylko, że nie mogłam być na ostatnim wykładzie i na zakończeniu.

I czy to zbieg okoliczności czy przemyślana decyzja? Bo o swoim marzeniu o zjeździe Kamila napisała na swoim blogu dokładnie 25 maja 2012 r.:)

 

 

 

2 komentarze:

  1. A ja żałuję, że jakoś nie miałyśmy okazji pogadać.

    Wojtuś żywe srebro. Zachwycał mnie swoim kręceniem się na wózku.

    OdpowiedzUsuń
  2. Gosiu, po jednym zdaniu udało nam się zamienić:) Mam nadzieję, że następnym razem uda sie zatrzymać na dłużej:) Nadal jestem pod wrażeniem Maksa, w tym jego urody:)

    OdpowiedzUsuń