piątek, 19 lipca 2013

Kolejne ważne rozstanie

Mniej więcej trzy tygodnie temu Wojtuś ostatecznie rozstał się ze smoczkiem, pisałam o tym tu. Mimo moich obaw, obyło się bez większego bólu i rozpaczy, do tej pory jedynie kilka razy wspomniał, że boi się spać bez smoczka, ale jest to po prostu żart z jego strony:)
 
Kilka dni temu natomiast nastąpiło...pożegnanie z pieluchą! Jeszcze niezupełnie całkowite, bo na czas snu i do samochodu pieluszkę jeszcze zakładamy, ale Wojtek i tak pięknie woła, że chce siku, nawet kiedy ma na sobie pieluchę i mówię mu, że może w nią nasikać, on cierpliwie czeka. Już od jakiegoś czasu Wojtek sygnalizował potrzebę zrobienia siusiu, ale wyglądało to tak, że oznajmiał mi, że robi siusiu w pieluchę i nie było mowy o zaczekaniu, o posadzeniu na nocnik, chyba, że tuż po przebudzeniu udało mi się zdążyć szybciutko posadzić go na nocnik. A tu już prawie trzy lata chłopak ma... I ta sama historia z oznajmieniem zamiaru nasikania w pieluchę miała miejsce we wtorek podczas rehabilitacji z Panem Krzysztofem, który ma niezwykle skuteczny i pozytywny wpływ na Wojtusia (co widać podczas prowadzonych przez niego ćwiczeń). Pan Krzysztof, któremu jestem bardzo wdzięczna, po prostu spokojnie, ale stanowczo wytłumaczył Wojtkowi, że jest za duży, żeby sikać w pieluchę i od tej chwili ma to robić na nocnik albo sedes. Trochę łez się polało... Był nawet protest i obrażony Wojtuś... I stanowcze stwierdzenie Wojtusia, że on chce być malutki i sikać w pieluchę... Ale jednak od tamtej chwili już w nią nie sika:) Nie wiem, czy to już po problemie, czy po prostu się udało i już, bo jednak z tego co pamiętam, Ola oduczała się korzystania z pieluchy około tygodnia, ale w tym czasie zdarzały się zamoczone majteczki. A Wojtek, póki co, na razie jest bardzo dzielny i za każdym razem chce na nocnik albo na sedes:)

środa, 3 lipca 2013

Plac zabaw

Wczoraj odwiedziliśmy dawną opiekunkę Oli na osiedlu, na którym kiedyś mieszkaliśmy. Stare warszawskie osiedle, stare bloki (odnowione oczywiście), a na nich stare, ale ładnie pomalowane, place zabaw. Takie place zabaw, które powstawały pewnie około 30 lat temu i służą dzieciakom do dziś, być może wzbudzając złość niejednego rodzica, że są takie... zwyczajne, proste, wydawać by się może mogło, że toporne i mało zachęcające do korzystania z nich...
 
Dla nas jednak, a raczej dla Wojtka, właśnie ten wczorajszy plac zabaw był najfajniejszy na świecie. Dlaczego? Bo była na nim mała, wąziutka huśtawka zapinana na łańcuszek. Bo była na nim taka najzwyklejsza na świecie karuzela z siedziskami również zabezpieczonymi łańcuszkiem, mała, na której Wojtek mógł kręcić się sam (co prawda tylko do tyłu), odpychając się rączkami za koło przytwierdzone na środku. I nie trzeba było go podtrzymywać.
 
Wszędzie wokół kuszą nowoczesne, coraz bardziej udziwnione i aktywizujące dzieci place zabaw i takie też są na co dzień wokół nas. Te nowoczesne place są bardzo fajne, piękne, dzieciaki na nich szaleją i mają ogromne możliwości rozwoju. Przyznaję, na nich też da się znaleźć zabawki, z których Wojtek mniej lub bardziej może korzystać. Tylko, że huśtawki na nich to najczęściej same deseczki, opony, talerze albo szerokie i głębokie siedziska. Karuzele to też zupełnie inna bajka...  Miło było zatem wybrać się na "stare śmieci":)